Wstęp Zawsze myślałem, że znam samego siebie. Byłem pewien, że jestem na tyle silny, że nikt

czwartek, 8 stycznia 2026

Katarzyna Michalak "Była sobie radość" - recenzja

 


Przyznam szczerze, że choć Katarzyna Michalak ma na koncie wiele książek, do tej pory przeczytałam tylko „Była sobie miłość”. Kiedy jednak zobaczyłam kolejną historię z równie słodkim pieskiem na okładce, wiedziałam, że muszę po nią sięgnąć. Przeczuwałam, że będzie to opowieść piękna i wzruszająca, a psiak z okładki szybko skradnie moje serce. I tak właśnie było… z tym że zrobił coś znacznie więcej niż tylko mnie oczarował.


Ten mały corgi nie jest tu wyłącznie uroczą ozdobą. Bajka staje się kimś ważnym - źródłem ciepła, nadziei i wiary dla ludzi, których spotyka na swojej drodze. Zanim jednak zacznie nieść innym ukojenie, musi zniknąć swoim właścicielom. Małżeństwu, które bardzo ją kochało, a jednocześnie samo zmagało się z ogromnymi trudnościami: chorobą, śmiercią i kłamstwami, które miały chronić, a tylko pogłębiały ból.

Pozostali bohaterowie również nie dostali od losu taryfy ulgowej. Każdy z nich stoi przed trudnymi wyborami, każdy dźwiga swój ciężar. I właśnie wtedy pojawia się Bajka - dając im odrobinę ciepła i miłości w momencie, gdy świat zaczyna się walić.

„Była sobie radość” to książka, przy której łzy są niemal gwarantowane. To historia, która skłania do refleksji i potrafi zmienić spojrzenie na wiele spraw. Muszę jednak uczciwie przyznać, że mimo sympatii do takich opowieści, po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że książki z motywem świątecznym - nawet delikatnie zaznaczonym - nie do końca są moim ulubionym gatunkiem. Coś w nich mnie nuży i zniechęca, choć wciąż trudno mi to jednoznacznie nazwać.
 
Mimo tej osobistej drobnej niechęci, polecam Wam tę książkę z czystym sumieniem. To ciepła, poruszająca i bardzo wartościowa historia.

Moja ocena: 7/10
 
Współpraca reklamowa z
Wydawnictwem Znak 

piątek, 2 stycznia 2026

Celina Michalska "Przewodnik dla nastolatek. Jak być szczęśliwie nieidealną" - recenzja patronacka

 


Przychodzę do Was dzisiaj z moją opinią na temat poradnika „Przewodnik dla nastolatek. Jak być szczęśliwie nieidealną?” autorstwa Celiny Michalskiej. I na wstępie pragnę zaznaczyć, że jest to poradnik inny niż wszystkie. Ta publikacja naprawdę robi świetną robotę i już Wam wyjaśniam dlaczego.

Przede wszystkim sposób, w jaki autorka zwraca się do czytelnika. Jest w tym dużo dobroci, zrozumienia i luzu. Czytając, miałam poczucie, że ona naprawdę była kiedyś tym dzieckiem i nastolatką, że pamięta, jak to jest. I to czuć na każdej stronie.

W książce znajdziecie wiele ćwiczeń, dzięki którym odkryjecie o sobie to, czego do tej pory nie dostrzegaliście. Wspólnie z autorką uporządkujecie w swojej głowie to co myślicie o sobie naprawdę, ale także dowiecie się, co myślą o Was inni. To co mi się podoba – autorka nie próbuje na siłę wmówić, że jesteś piękna, idealna i że tylko musisz w to uwierzyć Autorka poprowadzi Was nie tylko przez Wasze zalety, ale także pomoże skonfrontować się ze swoimi słabościami. One tu nie są tematem tabu, tylko częścią ciebie. Nie jest to poradnik, który koncentruje się tylko na pozytywnych aspektach, tutaj to co negatywne jest szczególnie ważne, bo właśnie z tym warto pracować.

W książce jest też miejsce na własne notatki. Autorka w różnych momentach prosi Was o zapisanie różnych rzeczy…  i powiem Wam jedno – samo zapisanie tego, co siedzi w głowie, co naprawdę czuje się w środku, działa zaskakująco kojąco.

Momentami było mi po prostu smutno, że nie dostałam takiej książki wtedy, gdy sama jej potrzebowałam. Ale wiecie co? To, że jesteśmy dorośli, nie znaczy, że nie możemy po nią sięgnąć. Wręcz przeciwnie – również bardzo dużo z niej wyniesiemy i spokojnie możemy przejść przez proponowane ćwiczenia. Nie będzie na nie za późno ;).

Uważam też, że tę książkę powinni przeczytać rodzice. Choćby po to, żeby lepiej zrozumieć, co siedzi w głowie nastolatka, z czym może się zmagać i jak ogromne znaczenie mają dla niego różne – z pozoru drobne – sprawy. To także dobra lekcja tego, jak rozmawiać z dzieckiem bez etykietowania, z większą uważnością, zrozumieniem i szacunkiem, zamiast ocen i pogardy.

Autorka zamieszcza również dwa ciekawe fragmenty – dla tych, którzy wierzą w Boga i dla tych, którzy w niego nie wierzą. I to jest super! Do niczego nie zmusza. Niczego nie narzuca. Każdy może sobie wybrać to, co uważa, że będzie dla niego ważne i wartościowe.

Nikt nie zapytał Cię do tej pory o Twoje plany i marzenia? Może nawet sam czytelniku się nad tym nie zastanawiałeś. Tu zostaniesz o to zapytany i będziesz mieć możliwość odpowiedzieć sobie na te pytania. Tu poczujesz się ważny. A przede dla samego siebie.

Celina Michalska dzieli się też własnymi historiami z życia. Dzięki nim łatwiej wejść z nią w relację. Ona nie jest „autorką zza biurka”, tylko kimś, kto był dzieckiem, nastolatkiem, kto popełniał błędy i wyciągał z nich wnioski. Nie udaje idealnej. Nie mówi: „bądź silny, nie dramatyzuj”. Przeciwnie – pokazuje, że Wasze emocje i rozterki są ważne.

Jestem ogromnie dumna, że właśnie taką książkę miałam przyjemność objąć swoim patronatem, bo…  

- to książka, która nie udaje, że wszystko jest proste i różowe. Daje przestrzeń na bycie sobą – z emocjami, wątpliwościami i niedoskonałościami. Nie ocenia, nie narzuca, tylko towarzyszy. I właśnie dlatego jest tak potrzebna.

- to nie jest poradnik, który mówi: „weź się w garść”. To książka, która mówi: „widzę Cię i to, co czujesz, ma znaczenie”. Pomaga zrozumieć siebie zamiast się poprawiać na siłę. I robi to mądrze, uczciwie i z ogromną uważnością.

- to książka, która trafia zarówno do nastolatków, jak i do dorosłych, którzy kiedyś nimi byli. Pokazuje, że nie trzeba być idealnym, żeby być wystarczającym. I że zrozumienie siebie to pierwszy krok do spokoju.

Moja ocena: 10/10

 Współpraca reklamowa z:

Wydawnictwo AlterNatywne 

piątek, 26 grudnia 2025

Lactourea żel i balsam - recenzja

 

 


#współpracareklamowa dla Lactovit

#NaprawionaSkóraMłodaSkóra #Lactourea #Trnd 

 

Łapka do góry, kto zmaga się z problemem suchej skóry! 

Przychodzę dzisiaj do Was z moją opinią o produktach Lactourea, które stworzone zostały po to, by intensywnie nawilżać i naprawiać skórę od środka. Produkty zawierają połączenie czystego mocznika z kwasem mlekowym. 

W zestawie otrzymałam:

- Żel do kąpieli 

- Balsam do ciała

- 20 próbek żelu oraz balsamu do podzielenia się z bliskimi

 

Oba produkty stosowałam codziennie - najpierw żel podczas kąpieli, a po wysuszeniu skóry stosowałam balsam. 

Produkty mają przyjemny, delikatny zapach, który nadaje świeżości. 

Moja skóra w okresie zimowym często zmaga się z suchością, a tej zimy tego problemu nie zauważyłam, więc wydaje mi się, że mogło to być zaletą stosowanych produktów. 

Skóra stała się miękka, przyjemna w dotyku no i oczywiście pięknie pachnie! Myślę, że nie raz jeszcze sięgnę po te produkty, bo zdobyły moją sympatię i zaufanie.

 

Moja ocena: 9/10 

Joanna Świątkowska "Umowa na zemstę" - recenzja

 


Dawno nie miałam w rękach książki, która tak konsekwentnie trzymałaby poziom i jednocześnie ciągle mnie zaskakiwała. Umowa na zemstę Joanny Świątkowskiej to historia, która zaczyna się jak klasyczny romans hate-love z motywem zemsty, a bardzo szybko pokazuje, że pod tą etykietą kryje się coś znacznie głębszego. 

Karlie po zdradzie narzeczonego i przyjaciółki nie wybiera ucieczki ani roli ofiary. Wręcz przeciwnie - chce odzyskać godność i kontrolę nad własnym życiem. Kluczowy jest tu jednak wybór „partnera do zemsty”. Rhys nie jest przypadkowym mężczyzną. To były szef jej chłopaka. Ten fakt dodaje całej historii ostrości, bo zemsta przestaje być tylko emocjonalna, a zaczyna uderzać dokładnie tam, gdzie najbardziej boli. I to działa. 
 
Rhys to jedna z tych postaci, które zostają w głowie na długo. Chłodny, zdystansowany, z reputacją człowieka bezwzględnego, a jednocześnie pełen pęknięć, których nie widać na pierwszy rzut oka. Autorka nie wykłada kart na stół od razu - przeciwnie, co jakiś czas wytrąca czytelnika z poczucia, że „już wszystko wie”. Gdy wydaje się, że rozumiemy Rhysa albo Karlie, nagle dostajemy kolejny fragment przeszłości. Czasem bolesny, czasem wręcz przerażający, ale zawsze taki, który zmusza do zatrzymania się i refleksji.
 
Napięcie między bohaterami jest tu elektryzujące, wręcz fizycznie odczuwalne, ale to zdecydowanie nie jest pusty pociąg seksualny, jak w wielu powieściach tego typu. Tu wszystko buduje się powoli i sensownie. Między Karlie a Rhysem iskrzy, bo spotykają się dwie silne osobowości, dwa charaktery z bagażem doświadczeń, a nie tylko dwa ciała reagujące na siebie automatycznie. Ich relacja rozwija się krok po kroku - w rozmowach, w spojrzeniach, w napięciu zawieszonym między jednym zdaniem a kolejnym. To nie są puste dialogi o tym, jak bardzo się pragną, tylko ważne, często trudne rozmowy, które odsłaniają ich lęki, granice i słabości. A jednocześnie nie brakuje tu świetnych przepychanek słownych, ironii, ciętych ripost i momentów, które bawią. Dzięki temu ich relacja jest prawdziwa. Kibicujemy jej, bo naprawdę chce się patrzeć, jak się do siebie zbliżają.
 
Ogromnym atutem tej powieści są też postacie drugoplanowe. Przyjaciółki, rodzice, rodzeństwo - nikt tu nie jest tylko tłem. Każda z tych osób ma swoją rolę, swoje emocje i wpływ na bohaterów. Relacje rodzinne bywają trudne, niewygodne, nieidealne – i właśnie dlatego tak prawdziwe. Dzięki nim świat przedstawiony w książce wydaje się kompletny, żywy i bardzo ludzki.
 
To, co szczególnie doceniam, to sposób, w jaki autorka pisze o przemocy psychicznej, manipulacji i długofalowych skutkach toksycznych relacji. Bez patosu, bez moralizowania, za to z ogromną świadomością emocjonalną. Ta książka nie tylko opowiada historię  - ona pokazuje, jak łatwo można się rozsypać i jak trudno potem poskładać siebie na nowo.
 
I muszę to powiedzieć wprost: narracja trzecioosobowa, której zwykle nie lubię, tutaj sprawdziła się znakomicie. Dała przestrzeń na wielowymiarowość postaci i pozwoliła autorce w pełni pokazać swój warsztat. To nie jest przypadkowo napisana historia - to bardzo świadomie poprowadzona opowieść.
 
Dla mnie „Umowa na zemstę” to książka zupełnie inna niż większość romansów z tego gatunku. Jeśli mam wystawić ocenę, to bez wahania 10/10. I z pełnym przekonaniem, że takich historii chce się czytać więcej.

Moja ocena: 10/10
 
Współpraca reklamowa z 
Wydawnictwem WasPos 

wtorek, 9 grudnia 2025

Magdalena Szweda "Do zakochania dwa ugryzienia" - recenzja

 


Czy wierzycie w miłość od pierwszego wejrzenia? A od pierwszego… ugryzienia?

Poznajcie Taysona – małego psiaka, który pewnego dnia niespodziewanym ugryzieniem postanowił skrzyżować ze sobą drogi Vivien i Nicka.

Jednak jeżeli myślicie, że były to sceny rodem z romantycznego filmu, to jesteście w błędzie! Bo od tego momentu bohaterom przytrafia się seria kompromitujących zdarzeń, które co rusz wymykają się spod kontroli. To jednak wcale nie sprawia, że zaczynają unikać siebie nawzajem. Wręcz przeciwnie – ciągnie ich do siebie tak, że aż iskry lecą. Ale gdy tylko próbują się do siebie zbliżyć w ten sposób – coś zawsze musi stanąć im na przeszkodzie. Raz będzie to uroczy Tyson, który nie przepada za Vivien, innym razem będzie to jej były chłopak, albo… no właśnie… pewne bliźniaczki, które jak uważa Nick – są złem wcielonym.

Jak wiele kompromitujących sytuacji odhaczą, zanim zrozumieją, jak bardzo im na sobie zależy?

Czy były facet Vivien da jej w końcu spokój, a urocze bliźniaczki przestaną pakować się w tarapaty, przyprawiając tą dwójkę o zawał?

Czy Nick i Vivien w końcu będą mogli być razem, bez obawy, że gdy tylko zbliżą do siebie swoje usta, świat znowu stanie na głowie?

To przezabawna, romantyczna historia z elementami erotyki, której sceny opisane są naprawdę ze smakiem. Bardzo mi się podobało, jak autorka płynnie przechodziła od humoru do TEGO napięcia pomiędzy bohaterami. Świetnie bawiłam się z Vivien i Nickiem, chociaż nie powiem – bywały momenty, w których szczególnie mnie irytowali. Zwłaszcza Nick – czasami sprawiał wrażenie mega niedojrzałego i zdarzało mu się też być zazdrosnym o nic. Zabrakło mi tu też trochę więcej rozmów między nimi i takich zwykłych sytuacji, bo większość z nich sprowadzała się jednak do wpadek, ich wzdychania do siebie nawzajem i nieustannym dążeniu do wylądowania wreszcie w łóżku, co przez bardzo długi czas nie dochodziło do skutku – sam ten fakt był akurat fajny, bo budował napięcie, ale nie zmienia to faktu, że pomiędzy tą sympatyczną dwójką mogło być coś znacznie więcej niż tyko wpadki i wzajemna chcica ;p.

Ogólnie oceniam książkę pozytywnie – była inna niż wszystkie, które do tej pory czytałam, co stanowiło dla mnie świetną odskocznię, której akurat potrzebowałam. Słyszałam, że to pierwsza taka książka autorki, że na co dzień słynie z mroczniejszych i brutalniejszych klimatów. Trudno mi to sobie póki co wyobrazić po tej pełnej humoru powieści, ale koniecznie będę musiała sięgnąć po tamte książki.

Moja ocena: 8/10 

środa, 26 listopada 2025

Katarzyna Salach "Gdy mnie uniewinnisz" - recenzja

 


Ta książka od początku zapowiadała się na jazdę bez trzymanki – i dokładnie to dostałam, tylko w trochę innym tempie, niż się spodziewałam.

Poznajemy Maxa, który po dziesięciu latach wychodzi z więzienia z jedną myślą w głowie: odpłacić za to, co mu zrobiono. I naprawdę trudno mu się dziwić, bo facet przeszedł piekło za cudze grzechy. Jego plan? Uderzyć tam, gdzie Cole zaboli najbardziej. Problem w tym, że „tam” okazuje się Carmen – dziewczyna, która nie ma zielonego pojęcia, co jej rodzina ma za uszami.

Carmen żyje sobie spokojnie, trochę zagubiona, trochę odsunięta przez własnego ojca, aż tu nagle jej życie wali się jak domek z kart. I to nie dlatego, że zrobiła coś złego, tylko dlatego, że ktoś inny kiedyś narozrabiał.

Książka jest pisana z perspektywy ich obojga, więc można naprawdę wejść im do głów. I to działa super, zwłaszcza przy Maxie, który jest jednocześnie twardy jak beton, a pod spodem ma całą masę emocji, których wolałby nie mieć. Carmen też daje się lubić – jest wrażliwa, pogubiona, ale stara się trzymać pion.

Teraz minus dla mnie: wątek romantyczny idzie jak ślimak na wakacjach. Są myśli, jest iskierka, kilka spojrzeń, ale długo, dłuuugo NIC konkretnego. Dopiero późniejsze rozdziały dają trochę więcej emocji między tą dwójką. Jeśli ktoś lubi wolne tempo – będzie zachwycony; ja miałam momenty, kiedy chciałam im krzyknąć „no ruszcie się wreszcie!”

Co do fabuły – podoba mi się, że autorka nie idzie na skróty. Pokazuje, że zemsta to nie lekarstwo, tylko kolejna trucizna. A to, jak przeszłość bohaterów potrafi ich dogonić, jest podane bardzo wiarygodnie.
Końcówka? Świetna. Naprawdę trudno byłoby to zamknąć lepiej.

Plus za całą muzyczną otoczkę, motyw z fortepianem i klimat, jaki to buduje. No i okładka – wiadomo, robi robotę.

Podsumowując: jeśli lubisz historie mroczne, pełne rodzinnych brudów, tajemnic i emocji, które rozwijają się powoli, ale mają sens – ta książka powinna cię wciągnąć. Nie jest to historia z fajerwerkami co pięć stron, ale kiedy już się rozpędza, to naprawdę trzyma.

Moja ocena: 7/10

Współpraca z Wydawnictwem 
Black Dragon 

wtorek, 18 listopada 2025

Dermena Intensive - recenzja suplementu diety

 


Macie czasem wrażenie, że Wasze włosy wypadają garściami, a paznokcie łamią się od samego patrzenia?

 
Jeśli tak, to mam coś, co może Wam pomóc, bo ja jestem zachwycona!

Wpadł mi w ręce suplement Dermena Intensive - w formie płynnych saszetek (bez glutenu!). Skład jest krótki i treściwy: hydrolizowany kolagen, witamina B5, B6 i cynk. Czyli dokładnie to, czego włosy i paznokcie potrzebują, żeby wrócić do żywych.

Pije się jedną saszetkę dziennie - prosto z opakowania albo po rozpuszczeniu w wodzie/soku. Smak? Malina. I to taka naprawdę smaczna, więc stosowanie nie boli.

Co zauważyłam u siebie?

- mniej włosów na szczotce i w odpływie (mąż też jest zadowolony ;p)

- pojawiły się baby hair tam, gdzie dawno ich nie widziałam

- włosy zrobiły się mocniejsze i bardziej błyszczące

- paznokcie przestały się tak łatwo rozdwajać i łamać

Nie będę ściemniać - nie stało się to w trzy dni, ale po kilku tygodniach różnica była wyraźna i w końcu przestałam panikować przy każdym czesaniu.

Dla kogo to będzie super opcja?

Dla osób, które walczą z osłabionymi włosami, nadmiernym wypadaniem, łamliwymi paznokciami albo po prostu chcą je wzmocnić nie tylko kosmetykami, ale też od środka.

I powiem wprost: ufam Dermenie, bo nie raz ocaliła mnie z opresji i tym razem też mnie nie zawiodła. Świetna opcja, jeśli chcecie zadbać o włosy nie tylko od zewnątrz, ale i od wewnątrz

 

Moja ocena: 10/10